IV/???
Obudził się w metalowej klatce. Światło waliło prosto w twarz. Ręce miał skute, ciało obolałe.
Za szybą stał mężczyzna w białym kitlu. Wysoki, szczupły, z cienkim uśmiechem. Vincent Waltz.
— W końcu. — Jego głos był spokojny, niemal czuły. — Znalazłem cię.
Crane syknął, próbując zerwać kajdany. Metal jęknął, ale się nie poddał.
— Wypuść mnie, Waltz. — Jego głos był już bardziej warkotem niż słowem.
Naukowiec potrząsnął głową.
— Nie. Ty nie jesteś tu więźniem, Kyle. Ty jesteś… moim kluczem.
Waltz podszedł bliżej, a jego oczy błyszczały fanatycznym ogniem.
— W Haranie widziałem, jak daleko zaszła twoja przemiana. Jesteś pierwszym, który przeżył tak długo. Pierwszym, który nie zatracił człowieczeństwa. Potrzebuję cię.
Crane zawył, szarpiąc się w łańcuchach, ale laboratorium było nieubłagane.
I wtedy usłyszał coś, co zmieniło wszystko.
Cichy, dziecięcy płacz.
Obrócił głowę i dostrzegł korytarz prowadzący do innego pomieszczenia. Za szybą siedziały dzieci. Wychudzone, brudne, o oczach przepełnionych strachem. Patrzyły na niego jak na potwora.
Crane poczuł, jak coś w nim pęka. Już nie tylko był zwierzyną w klatce. Teraz wiedział, że stał się pionkiem w grze, która wciągnie ich wszystkich.
Waltz uśmiechnął się szerzej.
— Zaczniemy od ciebie. Ale one… one będą przyszłością.
Crane zamknął oczy. Bestia w nim wyła, domagając się krwi. Ale człowiek zacisnął szczęki i przysiągł sobie jedno.
*Jeśli mam tu zgnić… to zrobię wszystko, by ich ocalić.*